a bociany już dawno odleciały

Minęły wieki, może nie aż tak, ale do kolejnego marca całkiem niedaleko. Czas płynie, ja  się starzeję i jestem coraz bardziej wyciszona. Dociera do mnie, że przecież „miarą wieku jest lat siedemdziesiąt a osiemdziesiąt, gdy jesteśmy mocni”. Czy jestem mocna? Nie wiem. Wszystko jest kwestią czasu. On wie najlepiej, kiedy zatrzyma się na ścieżce, którą kroczę. Może to dziwne, ale najlepiej się czuję, w tej mojej samotni. Stosy książek, ulubiona muzyka… wychodzę stąd, by pobyć z wnukami, uszykować coś do zjedzenia, wyjść na spacer z Dżekiem, który głośnym szczekaniem dopomina się, bo już czas. O dziwo, nie tęsknię już za ludźmi. Dla niektórych szkoda czasu, inni za mną nie tęsknią. Mają swoje życie, swoje problemy, których ja już nie rozwiążę. Niektórzy odeszli na zawsze, nie pytając nikogo, nawet siebie, czy to już czas. Niektórzy walczą o każdy następny poranek, nie wiedząc czy dotrwają do zachodu słońca. Walczyłam i ja tej wiosny, potem latem. Postawiłam na własną wewnętrzną siłę. Czy wygrałam, tego nie wiem. Okresowe słabości przypisuję wiekowi, mojej coraz bliższej siedemdziesiątce i może na razie niech tak zostanie. Nie każda wiedza i prawda służą człowiekowi. Należę niestety do tych, którzy najlepiej walczą z niewidzialnym wrogiem. Jak już go zdemaskują i zdadzą sobie sprawę z jego wielkości, opuszczają ręce i kapitulują na przedbiegach. Ponoć wiara czyni cuda. Wiara w siebie i własne możliwości. No i wiara w odrobinę szczęścia. Trochę mało miałam go w swoim życiu. Czepek, w którym się urodziłam bywał za ciasny. Nie chciał uchylić rąbka dobrobytu, prawdziwej, nie skażonej miłości, a marzenia nie chciały się spełniać. Kocham jednak bardzo, to co mam. To wszystko, czym obdarowało mnie życie i chyba nawet jestem szczęśliwa. Może to nie wszystko, ale tak wiele.

A bociany już dawno odleciały i chyba nawet powoli szykują się do powrotu.

nie spiesząc się, powoli…

I tak dobrnęłam, do kolejnej, wiosennej śnieżycy. Dawniej ludzie powiadali, że to sprawka nadlatujących bocianów. Nastroszone z zimna sterczą kukłowato w swoich gniazdach. Nasze przydomowe nie wróciły. Wciąż spoglądam w stronę pustego gniazda, nasłuchuję klekotania. Nadziei coraz mniej i nic z tym nie da się zrobić.

Zbieram się powoli, po kolejnych upadkach. Od koniecznej diety, aż mi zęby w protezie bolą. Wprawdzie chyba etap „niemowlęco – papkowy” mam już za sobą, ale nigdy nic nie wiadomo. Po kilku odważniejszych próbach, kulinarnego dogodzenia podniebieniu, wróciłam do diety mocno wybiórczej. To chyba jeden z warunków, dożycia do wizyty lekarskiej u specjalisty, w końcu maja.

Zaliczyłam też w międzyczasie intensywną rehabilitację i o dziwo ale część dotyczącą ćwiczeń przeniosłam na zasadzie”ciągu” w domowe pielesze. To daje widoczne efekty i chyba o to chodzi.

Nie jestem za mocna w dziedzinie „mechanizacji”,ale jako osoba starsza i w związku z tym trochę podejrzliwa, zaczynam dochodzić do dziwnych spostrzeżeń i wniosków. Bo jak to jest i czy może być? Zgłaszam przerwy lub brak sygnału i trwa to jeden dzień, drugi i kolejny. W związku z powyższym nie mam prawie lub dosłownie telefonu stacjonarnego, internetu ( TV nawet nie podłączałam wiedząc, co może być), bo to sytuacja niejednostkowa i nic. Pan po drugiej stronie czatu wypisuje mi, że owszem potwierdza przerwy w połączeniu, straszy przy okazji opłatami, jakimi zostanę obciążona jeżeli „feler” nie będzie leżał po ich stronie i że mogą za 120 wykonać usługę prywatnie. Sprawdzam wszystkie podłączenia, restartuję kolejny raz. Doupa. Przez godzinę jest lepiej i „dyskoteka” zaczyna się na dobre. Zgłaszam formalnie i legalnie usterkę . Jest godzina chyba około 23-ciej więc technicy raczej w teren nie wyjadą. O dziwo! Wszystko wraca do normy. I to w tej samej chwili. Szkoda tylko, że nie zauważyłam w telefonie, że mi się jakimś cudem odblokował w niestosownym miejscu i „wydoił” mi prawie stówkę na podtrzymanie opcji Wi-Fi. Może to po prostu zbieg okoliczności, że na stałym łączu wszystko wróciło do normy,w momencie zgłoszenia i jednoczesnego „wydojenia” gotówki z telefonu. Opcję „dojenia” zablokowałam i tylko pozostała „zachęta”  – „ograniczenie danych w tle – dotknij itd. itp” A ja tak sobie dumam i dumam i różne durne myśli mnie nachodzą.

Postawili słupy. Słup koło słupa, bo konkurencja się nie dogadała. Będą ciągnąć światłowód. Do końca mojej, dotychczasowej umowy, wyrobią się. Poczekamy, zobaczymy, co nowego przyniesie życie? Czasami jednak nachodzą mnie takie myśli, że przyszło mi żyć w epoce popaprańców i wariatów, gdzie poza kasą już nic się nie liczy.

cisza

Miotam się po pustym domu. Mam przed sobą, te kilka godzin codziennego milczenia. Niekiedy, rozmawiam z „najmądrzejszą”. Nie są to miłe rozmowy. Dotyczą przeważnie nadwątlonej zdrowotności, ewentualnie poburkiwania, na niedoskonałości domowników. To taka wada starego człowieka, któremu zaczyna się nie podobać to czy tamto. A potem uśmiecham się do tej swojej „starczej głupoty”.

Przyzwyczajam się do bycia tylko tu i teraz. Coraz mniej we mnie jutra i dnia wczorajszego. Dzisiejsze „tu i teraz” jest bardzo fajne. świeci przedwiosenne słonko, zegar wybija dwunastą i słyszę hejnał z Wieży Mariackiej. Lubię ten radiowy przekaz jedynki. Towarzyszy mi od dzieciństwa i brzmi zawsze tak samo. Czas na pachnący wiosną spacer.

niedowiarek

Ja to jestem taki niedowiarek. Przyroda w moich stronach i ja, mamy tak samo. Oba razem nie wierzymy, że wiosna tuż za rogiem. Na wszelki wypadek, dokupiłam węgla. W końcu od przybytku głowa nie boli. Zostało mi parę złotych , po zakupieniu niezbędnych, leczniczych medykamentów, to mogłam zaszaleć. Przy obecnej „niemowlęcej” diecie, reaktywowałam zapasy własnej marchwi, pietruszki i buraków. Dwie porcje indyka, wystarczą mi na  cały miesiąc. No i tak  : gotuję na parze, przecieram albo miksuję i z kubkiem zsiadłego mleka, zasilonego stosowną dawką ostropestu, oddaję się codziennej konsumpcji dóbr, przeważnie naturalnych. Nawet fakt gubienia zbędnych kilogramów, wcale mnie nie cieszy. Gubią się nie w tych miejscach co trzeba.

A słońce, pokazuje się tylko w prognozach. Rzeczywistość jest szara i ponura, chociaż termometr, nieśmiało przekracza punkt zerowy. Równie nieśmiało, nabieram przekonania, że jak po raz kolejny nie podłapię jakiejś grypy, to może mi się uda przeprowadzić szczęśliwie mój „program naprawczy”, poważnie nadwątlonego organizmu. Wprawdzie pani doktor orzekła, że wirusy i bakterie nie mogły mieć aż takiego wpływu na organizm, ale ja…… potrafię  czytać ze zrozumieniem. Przynajmniej na  razie. Może niebawem dorwie mnie demencja starcza, ale na razie moje „chwilówki”, wynikały raczej z zatrucia organizmu, z którym skutecznie walczę. W końcu od czego jest internet? Wiary wszystkiemu jak leci, nie należy dawać, ale wiedzę medyczną można znacznie poszerzyć. Bo gdyby tak bez tego, czekać na wizytę u „speca”…. . Można by zacząć śpiewać „dobry Jezu”.  No a tak, może do tego lipca jakoś dotrwam. To tylko niecałe pół roku. I tylko żal  mi tych moich, swojskich truskawek. I tu muszę doczytać, czy jak się pojawią w ogródku, to będę już mogła, czy też nie? Bo jak to ze mną bywa – nie do końca wierzę, że nie.

Jakoś to będzie

Po czasach zdrowotnej świetności, zostały tylko wspomnienia. Może nie było aż tak wspaniale, ale gdy było źle lub tylko trochę gorzej, zawsze tkwiła gdzieś wewnątrz, konieczność przetrwania. Główną  siłę dawały dzieci. Teraz dzieci są już dorosłe, nawet bardziej niż dorosłe. Najstarszy ma spory plus za czterdziestką, najmłodszy takiż  sam za trzydziestką. Najwyższy wysłuchał moich próśb i modlitw.

Nie ma już we mnie, dawnego poczucia odpowiedzialności, za moją wspaniałą trójkę. I chociaż wiem, że może nie są „idealni”, bo nie zawsze pasują do otaczającej rzeczywistości, ale……

czy ta, otaczająca nas rzeczywistość jest idealna?

Nie będę nawet próbowała rozliczać i narzekać. W dzisiejszych trudnych czasach, liczy się umiejętność wyboru tego, co najlepsze głównie dla rodziny i własnego sumienia. Żeby z wrzuconych do kotła składników, wyszła dobra zupa, trzeba zdolnego kucharza. Takiego z powołania, który nawet nie pasujące do siebie składniki, potrafi ze sobą zgrać.

A zdrowie? Moje, nie na wiele mi pozwala. Moja ś.p. „Mamau” by powiedziała – „jakie lata, takie zdrowie”. Mieszając w swoim własnym „życiowym kotle”, nie zawsze znajdowałam drogę do prawdziwego, dobrego smaku. Spożywanie przyprawianych goryczą, kiedyś musiało się odezwać. Człowiek młody nie powinien, ale ja sobie pozwolę na stwierdzenie – jakoś to będzie.

pomiędzy…

Zastanawiam się czasami, co jest pomiędzy? Pomiędzy dobrem i złem, pomiędzy wiarą i zwątpieniem, pomiędzy oczekiwaniem i „wyrokiem”? Utknęłam w tym punkcie, na tym zakręcie, na małą chwilę. W odrętwieniu…właśnie, może to chodzi o to odrętwienie? Może to ono jest pomiędzy? W odrętwieniu czekam na kolejny wynik. Od lat, co jakiś czas, w odrętwieniu i z drżeniem serca, czekam na kolejny wynik. Aż za dobrze wiem, że kiedyś może się nie udać i że wyrok będzie skazujący. Teraz po ponad dziesięciu latach zaczynam,  chyba na wszelki wypadek, mieć pretensję do prawie „całego” świata. Bo może gdyby wcześniej, może jak byłam młodsza i silniejsza?

Czy się „nażyłam”? Czy gotowa jestem odejść? Chyba nikt nigdy nie jest do końca przygotowany. A czy w razie czego podejmę walkę? Otóż to! Jeżeli przez wiele lat wystarczyło „nie ruszać”, bo niczego innego nie zaproponowali „znawcy tematu”, od których w głównej mierze zależało „co dalej?”

Zostało, to dręczące oczekiwanie „pomiędzy” i mała odrobina nadziei, że i tym razem się uda.

nie poddać się

To nie był piękny poranek. Przebudziłam się w pustym już domu. Niby jak przez mgłę, dochodziły do mnie poranne odgłosy, krzątających się w pośpiechu domowników. Potem już tylko warkot silników, odjeżdżających samochodów…

Powieki ciężkie, w głowie złowrogie huczenie, w gardle bolesna klucha i nie dający za wygraną katar. Wsunęłam się głębiej pod kołdrę. Dziwne, nie podobne do mnie uczucie rezygnacji i nieuzasadnionego żalu, wycisnęło mi łzy rozpaczy nad własnym losem. Okulista stwierdził „suche oko” a ja „bunię” już drugi tydzień, ale dopiero teraz są to łzy wywołane „wisielczym nastrojem”.

Spuściłam nogi z łóżka i zaklęłam siarczyście. No tak, przecież chcę czy nie, wstaję codziennie lewą nogą i inaczej się nie da. Jakoś mi to dotychczas, w niczym nie przeszkadzało. Teraz czepiam się. wszystkiego po kolei. Ponoć „tonący brzytwy się chwyta”. Zmusiłam się do wstania, rozruszania obolałego karku i zrobienia sobie  śniadania. Potem leki i niestety… kolejny „skok” w bety. Spałam do południa. Widocznie sen, jest najlepszym lekiem na chorobę, troski i smutki. Okrzepłam w tym przedpołudniowym śnie na tyle, by nawet zrobić pranie, odśnieżyć dróżkę od drzwi wejściowych do bramki, by powracający ze szkoły wnuś , nie musiał brnąć w zaspach. Chyba i tym razem uda mi się. W końcu charakter, mam po babci Józce. Tak łatwo się nie poddaję.

Przeraża mnie tylko jedna rzecz. Dużo czytam. No i wszędzie pojawia się motyw starego człowieka, na którego podstawie, powinnam się przyznać do swojej „starości”. No to czemu moje wewnętrzne „ja”, nie podąża za słabnącym ciałem? Czy ten wewnętrzny bunt, jest czymś normalnym? Czy może, robi się ze mnie „stara wariatka”?

będzie, co ma być

Nie było przytupu, nie było też  obżarstwa i  nadmiernej degustacji trunków nieco bardziej procentowych. Jedno brzydkie słowo i zjawisko fizyczne, pojawiło się i nie bardzo ma ochotę odpuścić – „wirusówka”. Wirus wirusem, ale po jakich opłotkach on się szwendał ? Przywlókł ze sobą, poza niedyspozycją żołądkową, katar, kaszel, ból gnatów i wszystko, co napotkał. I trzyma „skórkojad”, jak zębami.

Jako, że przynajmniej na oczy w końcu przejrzałam, no to czytam a nawet piszę. Na ulepionego przez synowca z wnukami bałwana-wielkoluda spoglądam li tylko przez okienko. Pani bałwanowa czeka na głowę, bo wieczorową porą chwycił mróz i śnieg przestał się „kleić”. O spacerkach i innych zimowych radościach, na razie mogę tylko pomarzyć.

Ja choruję, moje dwie koty szaleją i nasłuchują każdego najmniejszego szmeru. Po sterylce wcale nie straciły łowczej natury. Wszystko, co się miało odwagę poruszyć wokół mojej chatki na kurzej łapce, zostało skrzętnie wyłowione i złożone w przydomowej ofierze, w zamian za kocie rarytasy.

A obok toczy się życie, bardzo różne życie. Ludzie błądzą w coraz bardziej niebezpiecznej pogodzie, jak zresztą na zimę przystało. Młodzi znikają. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej wróżki, przepadają bez wieści. Rodzice błagają o pomoc. Dzwon na trwogę, nie przestaje kołysać się w swoim zawodzeniu. Człowiek, mimo wszystko karmi się nadzieją na lepsze jutro, odpycha od siebie całe zło. Wciąż chce ufać, wierzyć w lepsze jutro. Bez tego nic. Życie nie może być tylko czarno-białe. A będzie, co ma być.  I tak do końca może lepiej nie wiedzieć.

 

końskie zdrowie

Kolejka wydłużała się z każdą godziną oczekiwania. Ludziska biegali na górę i na dół. Rezerwowali miejsce przed gabinetem lekarskim i na ekg. Bardziej niecierpliwi, wzdychali przeciągle, przesiadali się z krzesełka na krzesełko, ale bliżej za jasny gwint , wcale nie oznaczało prędzej. Wyjęłam z torebki mój piąty tom historycznych rozważań. Starszy Pan obok, wyraźnie nie miał ochoty oczekiwać w ponurym milczeniu. Westchnął i On i zagadał – a wie pani, dzisiaj to trzeba mieć końskie zdrowie, żeby chorować. Kolejkowicze głośno zastanawiali się, co też tak  długo można w tym gabinecie robić? Pan doktor, przyjmował ze spokojem kolejnych pacjentów, nie śpiesząc się, powoli i dokładnie. Po wyjściu z gabinetu, nasunęła mi się jedna myśl – „bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze”. Nie specjalista w temacie, całkiem niedawno przekonywał, że trza regularnie i najlepiej o tej samej godzinie, i w tej samej dawce. U specjalisty usłyszałam wręcz coś odwrotnego – mierzyć, obserwować, słuchać własnego organizmu i dostosowywać dawki leku do sytuacji.

Deszcz siąpił . Ochota, na zwiedzanie mijanych przybytków dobra wszelakiego, opadła. Zaszyłam się w głębi mpk-owskiego przystanku. Znajoma Maria, przycupnęła obok i po raz kolejny usłyszałam powiedzenie, o końskim zdrowiu do chorowania.  Moje wizyty „towarzyskie” na ten rok, dzięki Bogu i ludziom, dobiegły końca. Mogę brać się za piernikowanie, sprzątanie i inne domowe „anie”.

Nie lubię ściętych kwiatów i „umierających” choinek. Na skwerku, facet z piłą motorową, podcinał kolejne drzewka, do wymaganej wysokości. Zapachniało lasem i żywicą. Zapomniane obrazy z dalekiej przeszłości, pojawiły się nie wiadomo  skąd. Duża, pachnąca lasem i żywicą choinka, przez wiele lat gościła w kącie gościnnego pokoju. Pojawiała się w wigilijny wieczór i cieszyła oko aż do gromnicznej. W pokoju było chłodno. Drzewko gubiło igiełki powoli, by w końcu jednak skapitulować.

Odkąd dom ogrzewa centralne, nie tęsknię za żywym drzewkiem. Z kilku żywych gałązek, robię stroik. Co kilka lat, sztuczne drzewko zmienia się, stosownie do panującej mody. A  choinki za oknem, szumią mi radosne kolędy i rosną sobie, rosną i rosną.

Powinnam

Powinnam, bardziej lub mniej tanecznym krokiem, udać się w bety. Za mną noc źle przespana, na środku łóżka kocię młodsze, rozwaliło się na całą szerokość i ani myśli wynieść się na „babciną wersalkę”.

Dzisiejszy poranek, zaskoczył wszystkich na dobre. Bielutki puch, pokrył całą późnojesienną brzydotę. Poranny gwar rozpłynął się w odjeżdżających samochodach. Dzielne wnuki wybywają z mamą przed siódmą, a zaraz po nich wyjeżdża do pracy synowiec. Poranna cisza działa kojąco i usypiająco. Świadomość, że muszę dziś jakoś pokonać tych kilka kilometrów, pomaga mi opanować odruch bezwarunkowego klapnięcia w poduchy. Bank, sklep, apteka. Z wizyty u fryzjera zrezygnowałam. Podpasowałam się pod mpk-i tak, by przynajmniej część trasy odbyć, publiczną komunikacją. Powróciła tęsknota za moją damką, towarzyszką licznych podróży. Jeszcze kila lat temu, nie byłoby na mnie bata. W końcu byłam niemal mistrzynią,w jeździe rowerem po oblodzonych szosach. Ludziska pukali się w czółko na mój widok, a ja parłam do przodu. Wspomnienia. Tylko tyle zostało . Około południa, miękki puch zamienił się w chlapiącą breję. Śnieg, pokumał się z deszczem. Wróciłam w przemoczonych botkach i  parasolem z wygiętymi przez wiatr „żebrami”. Pogoda zmieniła się na „psa by nie wygnał”. Psy siedziały tymczasem w budach, za swoimi zimowymi „firankami” i ani myślały wybiegać na powitanie „chlebodawczyni”. Po przekręceniu klucza w drzwiach wejściowych, jak na komendę rozdzwonił się stacjonarny. Ktoś jeszcze nie wykumał, że w tym domu stacjonarnego nikt nie odbierze. Dzwoni nań „zagraniczna” córcia, ale tylko raz na jakiś czas i ona nie odpuszcza. Po tym poznaję, że to dobija się moje dziecko, spragnione pogawędki z matką. Wszystkich nieproszonych oferentów i innego towarzystwa, jakoś nie trawię, a znajomych i rodzinę mam  w komórkach.

Potem już tylko ciepłe bambosze, półgodzinna drzemka coby nie paść, obiad, pogawędka ze starszym wnukiem, „powróconym” szkolnym autokarem, książka, wizyta na znajomych blogach i fb. Pstryk i dnia nie ma. Siedzę, piszę, słucham Korteza (bo lubię), uciekam myślami na  bezdroża przeszłości… te durne myśli same tam uciekają i jakoś nic  mi się nie chce. A przecież zbliżają się te święta, które lubię ze wszystkich najbardziej. Może to jeszcze czas na przedświąteczną „głupawkę”? Powinnam już zacząć mój przedświąteczny „armagedon”. To taka moja tradycja, która z latami niestety traci swój dawny wydźwięk i koloryt. Młodsze wnuki są już jakieś inne. Nie interesują ich „babcine, historyczne wykopaliska”. Ci starsi, od dawniejszego wygrzebywania z zakamarków szaf, szafek i szafeczek przeróżnych „przydasi”, mają swoje, dorosłe sprawy.  Już nie pytają – „babciu, no to kiedy robimy armagedon”? Ich mama, z uśmiechem wspomina tamte, odległe już czasy. Ile to dobra ciągnęli do domu z armagedonowej wyprawy?  Trudno im było odebrać ten dobytek. W kąt szły wypasione zabawki. Zamknę w kartony kolejny kawałek przeszłości. Wyniosę, by nie widzieć, nie wspominać, nie rozmyślać. By nie przegapić tego „tu i teraz”. Nie da się wrócić do „czytanego” rozdziału, by go pojąć i zrozumieć.