nie spiesząc się, powoli…

I tak dobrnęłam, do kolejnej, wiosennej śnieżycy. Dawniej ludzie powiadali, że to sprawka nadlatujących bocianów. Nastroszone z zimna sterczą kukłowato w swoich gniazdach. Nasze przydomowe nie wróciły. Wciąż spoglądam w stronę pustego gniazda, nasłuchuję klekotania. Nadziei coraz mniej i nic z tym nie da się zrobić.

Zbieram się powoli, po kolejnych upadkach. Od koniecznej diety, aż mi zęby w protezie bolą. Wprawdzie chyba etap „niemowlęco – papkowy” mam już za sobą, ale nigdy nic nie wiadomo. Po kilku odważniejszych próbach, kulinarnego dogodzenia podniebieniu, wróciłam do diety mocno wybiórczej. To chyba jeden z warunków, dożycia do wizyty lekarskiej u specjalisty, w końcu maja.

Zaliczyłam też w międzyczasie intensywną rehabilitację i o dziwo ale część dotyczącą ćwiczeń przeniosłam na zasadzie”ciągu” w domowe pielesze. To daje widoczne efekty i chyba o to chodzi.

Nie jestem za mocna w dziedzinie „mechanizacji”,ale jako osoba starsza i w związku z tym trochę podejrzliwa, zaczynam dochodzić do dziwnych spostrzeżeń i wniosków. Bo jak to jest i czy może być? Zgłaszam przerwy lub brak sygnału i trwa to jeden dzień, drugi i kolejny. W związku z powyższym nie mam prawie lub dosłownie telefonu stacjonarnego, internetu ( TV nawet nie podłączałam wiedząc, co może być), bo to sytuacja niejednostkowa i nic. Pan po drugiej stronie czatu wypisuje mi, że owszem potwierdza przerwy w połączeniu, straszy przy okazji opłatami, jakimi zostanę obciążona jeżeli „feler” nie będzie leżał po ich stronie i że mogą za 120 wykonać usługę prywatnie. Sprawdzam wszystkie podłączenia, restartuję kolejny raz. Doupa. Przez godzinę jest lepiej i „dyskoteka” zaczyna się na dobre. Zgłaszam formalnie i legalnie usterkę . Jest godzina chyba około 23-ciej więc technicy raczej w teren nie wyjadą. O dziwo! Wszystko wraca do normy. I to w tej samej chwili. Szkoda tylko, że nie zauważyłam w telefonie, że mi się jakimś cudem odblokował w niestosownym miejscu i „wydoił” mi prawie stówkę na podtrzymanie opcji Wi-Fi. Może to po prostu zbieg okoliczności, że na stałym łączu wszystko wróciło do normy,w momencie zgłoszenia i jednoczesnego „wydojenia” gotówki z telefonu. Opcję „dojenia” zablokowałam i tylko pozostała „zachęta”  – „ograniczenie danych w tle – dotknij itd. itp” A ja tak sobie dumam i dumam i różne durne myśli mnie nachodzą.

Postawili słupy. Słup koło słupa, bo konkurencja się nie dogadała. Będą ciągnąć światłowód. Do końca mojej, dotychczasowej umowy, wyrobią się. Poczekamy, zobaczymy, co nowego przyniesie życie? Czasami jednak nachodzą mnie takie myśli, że przyszło mi żyć w epoce popaprańców i wariatów, gdzie poza kasą już nic się nie liczy.

Reklamy

cisza

Miotam się po pustym domu. Mam przed sobą, te kilka godzin codziennego milczenia. Niekiedy, rozmawiam z „najmądrzejszą”. Nie są to miłe rozmowy. Dotyczą przeważnie nadwątlonej zdrowotności, ewentualnie poburkiwania, na niedoskonałości domowników. To taka wada starego człowieka, któremu zaczyna się nie podobać to czy tamto. A potem uśmiecham się do tej swojej „starczej głupoty”.

Przyzwyczajam się do bycia tylko tu i teraz. Coraz mniej we mnie jutra i dnia wczorajszego. Dzisiejsze „tu i teraz” jest bardzo fajne. świeci przedwiosenne słonko, zegar wybija dwunastą i słyszę hejnał z Wieży Mariackiej. Lubię ten radiowy przekaz jedynki. Towarzyszy mi od dzieciństwa i brzmi zawsze tak samo. Czas na pachnący wiosną spacer.

niedowiarek

Ja to jestem taki niedowiarek. Przyroda w moich stronach i ja, mamy tak samo. Oba razem nie wierzymy, że wiosna tuż za rogiem. Na wszelki wypadek, dokupiłam węgla. W końcu od przybytku głowa nie boli. Zostało mi parę złotych , po zakupieniu niezbędnych, leczniczych medykamentów, to mogłam zaszaleć. Przy obecnej „niemowlęcej” diecie, reaktywowałam zapasy własnej marchwi, pietruszki i buraków. Dwie porcje indyka, wystarczą mi na  cały miesiąc. No i tak  : gotuję na parze, przecieram albo miksuję i z kubkiem zsiadłego mleka, zasilonego stosowną dawką ostropestu, oddaję się codziennej konsumpcji dóbr, przeważnie naturalnych. Nawet fakt gubienia zbędnych kilogramów, wcale mnie nie cieszy. Gubią się nie w tych miejscach co trzeba.

A słońce, pokazuje się tylko w prognozach. Rzeczywistość jest szara i ponura, chociaż termometr, nieśmiało przekracza punkt zerowy. Równie nieśmiało, nabieram przekonania, że jak po raz kolejny nie podłapię jakiejś grypy, to może mi się uda przeprowadzić szczęśliwie mój „program naprawczy”, poważnie nadwątlonego organizmu. Wprawdzie pani doktor orzekła, że wirusy i bakterie nie mogły mieć aż takiego wpływu na organizm, ale ja…… potrafię  czytać ze zrozumieniem. Przynajmniej na  razie. Może niebawem dorwie mnie demencja starcza, ale na razie moje „chwilówki”, wynikały raczej z zatrucia organizmu, z którym skutecznie walczę. W końcu od czego jest internet? Wiary wszystkiemu jak leci, nie należy dawać, ale wiedzę medyczną można znacznie poszerzyć. Bo gdyby tak bez tego, czekać na wizytę u „speca”…. . Można by zacząć śpiewać „dobry Jezu”.  No a tak, może do tego lipca jakoś dotrwam. To tylko niecałe pół roku. I tylko żal  mi tych moich, swojskich truskawek. I tu muszę doczytać, czy jak się pojawią w ogródku, to będę już mogła, czy też nie? Bo jak to ze mną bywa – nie do końca wierzę, że nie.

Jakoś to będzie

Po czasach zdrowotnej świetności, zostały tylko wspomnienia. Może nie było aż tak wspaniale, ale gdy było źle lub tylko trochę gorzej, zawsze tkwiła gdzieś wewnątrz, konieczność przetrwania. Główną  siłę dawały dzieci. Teraz dzieci są już dorosłe, nawet bardziej niż dorosłe. Najstarszy ma spory plus za czterdziestką, najmłodszy takiż  sam za trzydziestką. Najwyższy wysłuchał moich próśb i modlitw.

Nie ma już we mnie, dawnego poczucia odpowiedzialności, za moją wspaniałą trójkę. I chociaż wiem, że może nie są „idealni”, bo nie zawsze pasują do otaczającej rzeczywistości, ale……

czy ta, otaczająca nas rzeczywistość jest idealna?

Nie będę nawet próbowała rozliczać i narzekać. W dzisiejszych trudnych czasach, liczy się umiejętność wyboru tego, co najlepsze głównie dla rodziny i własnego sumienia. Żeby z wrzuconych do kotła składników, wyszła dobra zupa, trzeba zdolnego kucharza. Takiego z powołania, który nawet nie pasujące do siebie składniki, potrafi ze sobą zgrać.

A zdrowie? Moje, nie na wiele mi pozwala. Moja ś.p. „Mamau” by powiedziała – „jakie lata, takie zdrowie”. Mieszając w swoim własnym „życiowym kotle”, nie zawsze znajdowałam drogę do prawdziwego, dobrego smaku. Spożywanie przyprawianych goryczą, kiedyś musiało się odezwać. Człowiek młody nie powinien, ale ja sobie pozwolę na stwierdzenie – jakoś to będzie.

pomiędzy…

Zastanawiam się czasami, co jest pomiędzy? Pomiędzy dobrem i złem, pomiędzy wiarą i zwątpieniem, pomiędzy oczekiwaniem i „wyrokiem”? Utknęłam w tym punkcie, na tym zakręcie, na małą chwilę. W odrętwieniu…właśnie, może to chodzi o to odrętwienie? Może to ono jest pomiędzy? W odrętwieniu czekam na kolejny wynik. Od lat, co jakiś czas, w odrętwieniu i z drżeniem serca, czekam na kolejny wynik. Aż za dobrze wiem, że kiedyś może się nie udać i że wyrok będzie skazujący. Teraz po ponad dziesięciu latach zaczynam,  chyba na wszelki wypadek, mieć pretensję do prawie „całego” świata. Bo może gdyby wcześniej, może jak byłam młodsza i silniejsza?

Czy się „nażyłam”? Czy gotowa jestem odejść? Chyba nikt nigdy nie jest do końca przygotowany. A czy w razie czego podejmę walkę? Otóż to! Jeżeli przez wiele lat wystarczyło „nie ruszać”, bo niczego innego nie zaproponowali „znawcy tematu”, od których w głównej mierze zależało „co dalej?”

Zostało, to dręczące oczekiwanie „pomiędzy” i mała odrobina nadziei, że i tym razem się uda.

nie poddać się

To nie był piękny poranek. Przebudziłam się w pustym już domu. Niby jak przez mgłę, dochodziły do mnie poranne odgłosy, krzątających się w pośpiechu domowników. Potem już tylko warkot silników, odjeżdżających samochodów…

Powieki ciężkie, w głowie złowrogie huczenie, w gardle bolesna klucha i nie dający za wygraną katar. Wsunęłam się głębiej pod kołdrę. Dziwne, nie podobne do mnie uczucie rezygnacji i nieuzasadnionego żalu, wycisnęło mi łzy rozpaczy nad własnym losem. Okulista stwierdził „suche oko” a ja „bunię” już drugi tydzień, ale dopiero teraz są to łzy wywołane „wisielczym nastrojem”.

Spuściłam nogi z łóżka i zaklęłam siarczyście. No tak, przecież chcę czy nie, wstaję codziennie lewą nogą i inaczej się nie da. Jakoś mi to dotychczas, w niczym nie przeszkadzało. Teraz czepiam się. wszystkiego po kolei. Ponoć „tonący brzytwy się chwyta”. Zmusiłam się do wstania, rozruszania obolałego karku i zrobienia sobie  śniadania. Potem leki i niestety… kolejny „skok” w bety. Spałam do południa. Widocznie sen, jest najlepszym lekiem na chorobę, troski i smutki. Okrzepłam w tym przedpołudniowym śnie na tyle, by nawet zrobić pranie, odśnieżyć dróżkę od drzwi wejściowych do bramki, by powracający ze szkoły wnuś , nie musiał brnąć w zaspach. Chyba i tym razem uda mi się. W końcu charakter, mam po babci Józce. Tak łatwo się nie poddaję.

Przeraża mnie tylko jedna rzecz. Dużo czytam. No i wszędzie pojawia się motyw starego człowieka, na którego podstawie, powinnam się przyznać do swojej „starości”. No to czemu moje wewnętrzne „ja”, nie podąża za słabnącym ciałem? Czy ten wewnętrzny bunt, jest czymś normalnym? Czy może, robi się ze mnie „stara wariatka”?

będzie, co ma być

Nie było przytupu, nie było też  obżarstwa i  nadmiernej degustacji trunków nieco bardziej procentowych. Jedno brzydkie słowo i zjawisko fizyczne, pojawiło się i nie bardzo ma ochotę odpuścić – „wirusówka”. Wirus wirusem, ale po jakich opłotkach on się szwendał ? Przywlókł ze sobą, poza niedyspozycją żołądkową, katar, kaszel, ból gnatów i wszystko, co napotkał. I trzyma „skórkojad”, jak zębami.

Jako, że przynajmniej na oczy w końcu przejrzałam, no to czytam a nawet piszę. Na ulepionego przez synowca z wnukami bałwana-wielkoluda spoglądam li tylko przez okienko. Pani bałwanowa czeka na głowę, bo wieczorową porą chwycił mróz i śnieg przestał się „kleić”. O spacerkach i innych zimowych radościach, na razie mogę tylko pomarzyć.

Ja choruję, moje dwie koty szaleją i nasłuchują każdego najmniejszego szmeru. Po sterylce wcale nie straciły łowczej natury. Wszystko, co się miało odwagę poruszyć wokół mojej chatki na kurzej łapce, zostało skrzętnie wyłowione i złożone w przydomowej ofierze, w zamian za kocie rarytasy.

A obok toczy się życie, bardzo różne życie. Ludzie błądzą w coraz bardziej niebezpiecznej pogodzie, jak zresztą na zimę przystało. Młodzi znikają. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej wróżki, przepadają bez wieści. Rodzice błagają o pomoc. Dzwon na trwogę, nie przestaje kołysać się w swoim zawodzeniu. Człowiek, mimo wszystko karmi się nadzieją na lepsze jutro, odpycha od siebie całe zło. Wciąż chce ufać, wierzyć w lepsze jutro. Bez tego nic. Życie nie może być tylko czarno-białe. A będzie, co ma być.  I tak do końca może lepiej nie wiedzieć.